Tygodnik Powszechny / Nr 28 (2766), 14 lipca 2002

Moja Polska


社会主義の夜

という学校

 

天皇のポーランド公式訪問に際して、週間新聞  Tygodnik Powszechny が日本特集を組んだ。2002年7月14日号である。
→http://www.tygodnik.com.pl/japonia/index.html

その中で「私の日本」と題してさまざまなポーランド人たちのエッセイを載せている。

一方でポーランドにゆかりのある日本人が、「私のポーランド」という御題で、何人も書いているはずだと思っていたら、そうではなかった。企画があって、依頼もあったのだろうが、他の誰も間に合わず、結局私のテクストしかなかったということかもしれない(右上に原文)。(http://www.tygodnik.com.pl/japonia/sekigu.html)


これを読んでポズナンの友人Arkadiusz君が「なかなか悲観的なお話ですね」と書いてきた。

「悲観的」という言葉はしっくりしないが、後ろ向きであるとか、寂しげであるとかと言われればその通りで、自分にとっての「ポーランド」は文学でも映画でもなくて、留学時代に親友となった人びとであり、その人びとが、ひとりまたひとりと世を去るごとに、私の「ポーランド」もまた小さくなり、希薄になり、遠のいてゆくというようなことを書いたのである。自分は彼らによって作られたということも書いた。

けれども、Tygodnikに原稿を送って一日もたたないうちに、ああ書けばよかった、こう書けばよかったと悔やまれはじめたので、この際、書き直したものもここに掲げようと思う。

Szkoła nocy socjalistycznej (社会主義の夜という学校) ➡

Szkoła nocy socjalistycznej
Tokimasa Sekiguchi

„Dlaczego zainteresował się Pan Polską?” – Na tego rodzaju pytanie już od dawna zwykłem odpowiadać – zwłaszcza jeśli zadają je dziennikarze – tak: „Bo zakochałem się w pani Lucynie Winnickiej oglądając filmy jej męża: Pociąg, Matkę Joannę od Aniołów”. Ten ostatni film pozostanie na zawsze nie tylko arcydziełem historii światowej kinematografii, ale również filmem, którego pokazem premierowym, 20 kwietnia 1962 r., zainaugurowano nieocenioną, a dziś już legendarną działalność kina-teatru ATG w Tokio. Frapująca była też lektura Gombrowicza i Schulza, których świeżo tłumaczono, a grafika szkoły polskiej dostarczała niezwykłych wrażeń.
Jednak w tle tych wszystkich bodźców kulturalnych, widniał mroczny horyzont polityczny, a nad nim niekiedy krwawa łuna. To, co dochodziło „stamtąd” – z Budapesztu, Pragi i Warszawy, bynajmniej nie było obojętne dla nas, dla pokolenia mocno na politykę uwrażliwionego. Chcieliśmy wiedzieć, jaka jest rzeczywistość socjalizmu i jaka będzie jej przyszłość. Śledziliśmy owe wydarzenia z uwagą, z niepokojem i sumieniem studentów, którzy w większości – jak wszędzie – lewicowali.
Później, już po studiach romanistycznych i komparatystycznych, pojechałem do Krakowa. Czasem oświadczam półżartem, że jestem wdzięczny panu Gierkowi za... to, że dano mi przeżyć lata 1974-6 w Polsce z tak hojnym stypendium (3900 zł. miesięcznie!). Polacy wówczas prowadzili niezwykłe życie „towarzyskie”. Chodziło się, zapraszało nawzajem do domu i dyskutowało całymi wieczorami, ba, nawet nocami, omawiało kwestie polityczne, kulturalne, światopoglądowe... właściwie wszystko. Na pewno byłem nieco inaczej traktowany jako przybysz z Zachodu czy też Dalekiego Wschodu; ludzie byli ciekawi świata, energicznie chłonęli wiadomości zza „kurtyny”. Nasze rozmowy i dyskusje odbywały się zawsze w pewnym napięciu, w atmosferze konspiracji. I dzisiaj wydaje mi się, że właściwie wszyscy tak żyli. W tym napięciu, w tym fermencie intelektualnym było coś bardzo wartościowego.
Teraz już z nostalgią wspominam te noce; one w dużym stopniu ukształtowały moje poglądy, a nawet moją osobowość. To była szkoła życia. Był to bardzo ważny etap w moim życiu. Polacy, których poznałem w tych latach zostali moimi przyjaciółmi na całe życie. Lucyna, Babcia Wincentyna, ks. Wincenty, Marek, Ala, Tomek, Marysie, Andrzej, Krystyna, Jola, Jadzia, Janusz, Małgosia, Jacek, Krzysztof, Hanie, Romek, Henryk... i śp. Czapkiewiczowie, Alberowie, Kisielewscy – często o Nich myślę z wdzięcznością, że jestem Ich tworem. Życie każdego z Nich stanowi część mojego. Poprzez Nich związałem się z Polską. Bolesne jest poczucie, że nie zdążyłem się niektórym przyjaciołom odwdzięczyć – odwdzięczyć się poprzez pracę, pracę polonisty.
Kultura polska, o której wykładam, literatura polska, którą przekładam, język polski, którego uczę, to są jednak jedynie przedmioty mojej pracy zawodowej, a „Moja Polska” to – ci ludzie, ci Przyjaciele. Dlatego za każdym razem, gdy ktoś z Nich odchodzi ze świata, czuję jak gdyby samej Polski ubywało, jak gdyby to ona się kurczyła, oddalała.
Przypominam sobie teraz rozmowy wieczorne z uroczym gawędziarzem, panem L. Kiedyś zadałem mu naiwne pytanie: „Dlaczego się nie przeniesie pan do Austrii? Przecież mógłby pan tak zrobić, bez problemu, mając tam tyle możliwości i krewnych”. Na to pan L, były akowiec, uśmiechnął się i odpowiedział – „Gdybyśmy opuścili to miejsce, gdybyśmy tak wszyscy porzucali tą ziemię, kto by teraz jej bronił? Kto przyszedłby po nas i zająłby ją?”
Pan L dawno nie żyje. Prawie ćwierć wieku mija od jego śmierci. Zawsze mnie zdumiewa ten szczególny fakt, że przez ten szmat czasu żaden z moich Przyjaciół nie wyemigrował z Polski. Ani za tamtych czasów, ani w okresie exodusu postsolidarnościowego.*


*Jest to zmodyfikowana wersja tekstu, który ukazał się pod tytułem „Moja Polska” w Tygodniku Powszechnym, w numerze poświęconym Japonii z okazji wizyty Mikada w Polsce, nr 28 (2766), 14 lipca 2002