Po detronizacji literatury – sprawozdanie z
polonistyki japońskiej
I. Społeczeństwo postliterackie
i przeobrażenie studiów wyższych
Społeczeństwo japońskie
weszło w fazę „postliteracką” prawdopodobnie na
początku lat 70. XX wieku. Proces ten zbiegał się ze schyłkiem epoki tzw. „wysokiego
rozwoju gospodarczego” i ogólnego zaangażowania politycznego, a nastaniem ery
konsumpcji oraz kultury elektronicznej. Od czytania
do oglądania i słuchania – przesuwał się środek ciężkości działalności człowieka w
wolnych chwilach, a w obrębie czytelnictwa ogólnego beletrystyka zaczęła w
szybkim tempie odstępować honorowe miejsce innym „lżejszym” gatunkom. Byłoby
nie na miejscu rozwodzić się tu szczegółowo na ten temat, a także nad tym, że
sytuacja czytelnicza przedstawia się mniej więcej podobnie w innych
społeczeństwach należących do wysoko rozwiniętych gospodarczo krajów. Muszę
ograniczyć się do powyższego, ogólnikowego twierdzenia, a pozwolę sobie jednak
poprzeć swoje słowa jednym cytatem – polonistka Małgorzata Anna Packalén pisała z Uppsali:
Dla
nikogo nie jest tajemnicą, że czyta się coraz mniej wierszy -- nie tylko w
Szwecji. Zdecydowanie większa część młodzieży nie tylko nie zna, ale wręcz nie
czyta literatury pięknej, nie mówiąc już o poezji. A w kraju, którego
mieszkańcy ledwie się troszczą o własnych poetów, trudno sprzedać, w dosłownym
i przenośnym znaczeniu, poezję z bliskiej co prawda,
lecz mimo to dość duchowo odległej sfery kulturowej. (1)
W zacytowanym eseju,
napisanym z punktu widzenia tłumacza literackiego, autorce chodzi o potrzebę
rewidowania stereotypowego obrazu polskiej poezji, jaki funkcjonuje w Szwecji.
Nie ma jednak przeszkód, aby tymi samymi słowami opisać współczesne
czytelnictwo japońskie.
Dla pokolenia
przejściowego, czyli czytelników urodzonych, powiedzmy, w latach 60., być może znajomość literatury pięknej w dalszym ciągu
stanowiła pewną wartość gwarantującą prestiż. Choć już sięgaliby chętniej po
wideo czy grę komputerową, byli przekonani jeszcze, że trzeba czytać. Rodziło
się wobec tego poczucie kompleksu. Gdyby zapytano kogokolwiek studiującego pod
koniec lat 70., czy czytał kiedykolwiek Dostojewskiego, musiałby przynajmniej zaczerwienić się,
odpowiadając: „Nie”. Wiedziałby, kim jest pan Fiodor
i że należy go czytać, może nawet miałby w domu Zbrodnię i karę, ale po nią nie sięgnął. Pracujemy natomiast
obecnie ze studentami, którzy zdążyli się niemal kompletnie pozbyć tego bagażu
kulturalnego, kompleksu „człowieka wykształconego”. Dla nich większym powodem
do wstydu jest przyznanie się, że nie wiedzą jak smakuje włoski deser tiramisu, aniżeli
fakt, że nie znają żadnych innych haiku Basho poza
tym jednym: Stara sadzawka, / Żaba – skok – / Plusk.(2)
Proces
odchodzenia od literatury następował, rzecz naturalna, wolniej na studiach
wyższych niż w całej zbiorowości młodzieży. System aksjologiczny
naukowo-dydaktyczny tak szybko nie mógł się zmieniać, zwłaszcza na uczelniach o
dłuższej tradycji, choćby ze względu na kadrę, której część, czyli profesorowie
seniorzy, pamiętała jeszcze przedwojenne studia i świat akademicki, kiedy to
literatura piękna królowała nad humanistyką, a studenci stanowili prawdziwą
elitę społeczeństwa. Uczelniana struktura administracyjna łącznie z podziałem
na kierunki, seminaria, itd., także długo była nietknięta, w dużej mierze z
powodu konserwatyzmu akademickiego, podpartego zasadą autonomii instytucji
szkolnictwa wyższego. I w istocie mało kto zdawał
sobie sprawę z rewolucyjnego wręcz przeobrażenia Studenta.
Rewolucyjne,
bowiem jakże musiał inaczej wyglądać student z lat 50., gdy
tylko jako jeden spośród kilkunastu abiturientów, i to z trudem, dostawał się na
studia powyżej 4-letnie, niż student dzisiejszy, którego co najmniej jedna
trzecia licealnych kolegów studiuje. Dochodziliśmy do tego stanu rzeczy niejako
dwoma etapami. Po wojnie w Japonii odsetek przyjętych na studia utrzymywał się
na poziomie 8 % do r. 1960, po czym wzrósł w ciągu 15 lat do
26,7 %, czyli ponad trzykrotnie. Od r. 1975 do r. 1992 wskaźnik ten nie
podnosił się; przez okres 17 lat była wyraźna tendencja do zastoju, a nawet
pojawił się rok spadku do 24,6 % (1990). Potem znów następował galopujący
wzrost liczby studentów; obecnie ponad 35 % maturzystów przechodzi na studia
wyższe (wyłączając zaoczne).
Umasowienie
studiów wyższych jest więc faktem dokonanym.
Uniwersytet na poziomie undergraduate
funkcjonuje w tej chwili tak jak liceum ogólnokształcące sprzed 50 lat. Pod
koniec lat 40. średnio tylko 40 % dzieci 16-letnich
dostawało się do szkoły średniej, a obecnie prawie 100 %. Nie można mieć złudzeń co do tego, że dzisiejsza wyższa uczelnia już nie
jest tym, czym była kiedyś. Uniwersytet w pojęciu naszym, tzn. starym,
realizuje się dopiero na poziomie graduate school, która jest według japońskich praw
instytucją samodzielną, odrębną od uniwersytetu. To przeciąganie się czasu
nauki, okresu nazwanego w Japonii „moratorium” dla uczniów i studentów, być
może wiąże się ze zjawiskiem przedłużenia życia Japończyków; Japonki w r. 1950
przeciętnie żyły tylko 63 lata, teraz dożywają 84, a mężczyźni 77 lat (60 lat w
r. 1950)... nota bene są to wskaźniki najwyższe w
świecie.
Dochodzi
tu jeszcze sprawa reformy szkolnictwa wyższego i państwowych instytucji
naukowych. Rzecz ciekawa, w wielu krajach Europy, łącznie z Polską, a i w
Japonii przeżywamy przemianę w dziedzinie edukacji niemal paralelnie i na
wielką skalę. W każdym kraju inne są powody do reformy, aczkolwiek tendencja do
powszechnego kształcenia na poziomie wyższym jest wspólnym i jednym z
najistotniejszych czynników wchodzących tu w grę. Nie chcąc zanadto wnikać w to
zagadnienie, zaznaczam tylko, iż w naszym kraju reforma ta objawia się przede
wszystkim w postaci wprowadzenia zasady rynkowej do świata nauki i szkolnictwa
wyższego. Przewiduje się, że wszystkie państwowe uczelnie wyższe i instytuty
naukowe łącznie z muzeami już przestaną być w ciągu paru lat instytucjami
czysto państwowymi, a będą organizacjami tylko częściowo dotowanymi z budżetu.
Wygląda na to, że Polska nas wyprzedziła o dwie dekady pod tym względem.